Wokół sakramentu chorych narosło sporo nieporozumień. Nic dziwnego: wiąże się on z bardzo przykrym stanem człowieka – z cierpieniem.

Światowy Dzień Chorego, który przypada we wspomnienie Najświętszej Maryi Panny z Lourdes, sugeruje, by omawianie poszczególnych sakramentów rozpocząć od najmniej chyba oczekiwanego – namaszczenia chorych. Nikt za tym sakramentem nie tęskni i pewnie wolelibyśmy nie mieć okazji go przyjmować, podobnie jak nie tęsknimy za szpitalem i też wolelibyśmy go nigdy nie odwiedzać. Ale i szpital, i namaszczenie chorych są potrzebne, bo… ludzie chorują. I dlatego dobrze, że jest sakrament namaszczenia, że są szpitale, lekarze i leki.

Każde cierpienie dotyka głęboko i boleśnie naszej ludzkiej egzystencji i niekiedy wywraca całe nasze życie do góry nogami. W takiej sytuacji opadają z nas wszystkie maski i pozory, a żadna logika myślenia i uproszczone schematy czy pobożne hasła nie przynoszą pociechy. Człowiek staje w obliczu okrutnej prawdy o zagrożeniu swego życia i zaczyna gorączkowo szukać realnej pomocy i ratunku. Wtedy fałsz pustych słów i wyświechtanych sloganów nabiera szczególnie bolesnej ostrości; wyczuwamy w nich każdą nutę nieszczerości i bezwzględnie je odrzucamy. Pozostaje tylko bezpośrednie doświadczenie cierpienia, bezsilności, lęku i zagrażającej śmierci.

I właśnie na taki stan Kościół ma dla nas sakrament namaszczenia

Wbrew potocznej opinii nie ma on wcale na celu uświęcania choroby czy cierpienia; to tak, jakby spowiedź miała uświęcać grzech. Ale zarówno spowiedź, jak i namaszczenie chorych mają przezwyciężać trudny stan, w którym znalazł się człowiek, i zwycięsko z niego wyprowadzać: z grzechu ku świętości, z choroby ku życiu. I znów bylibyśmy w błędzie, sądząc, że oznacza to gwarancję powrotu do stanu sprzed choroby. Niestety, w miarę upływu lat zdrowie, siły i sprawność fizyczna raczej zanikają niż rosną, ale mimo to człowiek może wzrastać i dojrzewać wewnętrznie, i właśnie temu służy sakrament namaszczenia.

W namaszczeniu chorych Chrystus przychodzi, by spotkać się z nami w chwili cierpienia i słabości. Cierpienie przyjęte i przeżywane w duchu wiary, w łączności z Chrystusem, jako udział w Jego zbawczej męce, nie prowadzi do śmierci, lecz do pełniejszego życia, a ostatecznie do zmartwychwstania. On, który sam cierpiał i umierał, wie, co to trwoga i osamotnienie w obliczu śmierci. Dlatego w chwilach agonii może nam towarzyszyć z pełnym zrozumieniem i może przeprowadzić nas łagodnie przez granicę między życiem doczesnym a wiecznym, tam, gdzie w jednym momencie ból ustąpi miejsca szczęściu, lęk pokojowi, a ciemność jasności. Namaszczenie chorych jest obietnicą, że tak właśnie będzie, obietnicą, która przychodzi w najodpowiedniejszym momencie, gdy ogarnia nas rozpacz i zwątpienie. Potwierdzeniem tej obietnicy, jeszcze tu i teraz, jest tzw. Wiatyk, czyli Komunia święta, którą konający może przyjąć przed śmiercią jako ostatni pokarm na drogę do życia wiecznego.

Ale namaszczenie nie jest sakramentem zarezerwowanym dla umierających

Kościół udziela go także, aby umocnić do dalszego życia jeszcze tu, na ziemi. Choroba, niepełnosprawność, kalectwo, starość, konieczność operacji czy poważnej terapii to okazje, by zaprosić Boga i przyjąć Jego łaskę w obliczu własnej bezsilności. Odkrycie obecności i bliskości Chrystusa w cierpieniu pomaga zrozumieć i zaakceptować jego sens, przyjąć wobec niego postawę, która ułatwi przeżycie tych trudnych chwil w pokoju ducha i w ufności do Boga. A to sprzyja też skuteczności terapii medycznych i zwiększa szanse ich powodzenia. Człowiek, który jest blisko źródła życia, łatwiej może z niego zaczerpnąć.

Nie traktujmy jednak sakramentu namaszczenia jako uzdrawiającej maści o cudownym działaniu. Cudownie działają tylko leki w filmach reklamowych i to z tamtych złudnych obietnic wywodzą się nasze oczekiwania, wręcz roszczenia, by realne leczenie skutkowało w sposób błyskawiczny i niezawodny. Wydaje się nam, że wizyta księdza powinna poskutkować natychmiastową poprawą stanu zdrowia, jeśli nie całkowitym uzdrowieniem chorego.

Sakramentu namaszczenia nie wolno utożsamiać ze środkiem magicznym czy terapeutycznym, na zasadzie samoistnej i automatycznej skuteczności. Tylko Chrystus może uzdrowić, a najczęściej czyni to za pośrednictwem posługi lekarskiej, której powinna towarzyszyć nasza ufna wiara i modlitwa. Sakrament jest znakiem, że Chrystus jest z chorym, że stoi po jego stronie i chce jego dobra, że zbawia człowieka i uzdrawia go duchowo, co jednak nie zawsze jest równoznaczne z uzdrowieniem fizycznym.

Warto wreszcie wiedzieć, że sakrament ten może być sprawowany i przeżywany wspólnotowo:

wraz z chorym może go przeżywać rodzina, inni chorzy czy nawet pielęgniarki i lekarze na szpitalnej sali. Lęk towarzyszący chorobie i konaniu dotyka bowiem nie tylko samego chorego, ale ogarnia także jego najbliższych i działa w nich nieraz z większą mocą niż w chorym. W tym duchowym sensie każda poważna choroba, zwłaszcza stanowiąca zagrożenie dla życia, jest zaraźliwa i wywołuje w rodzinie epidemię lęku i niepewności. Wszyscy potrzebujemy wtedy nadziei, którą daje Chrystus.

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Please enter your name here